Jesteś tutaj: Strona główna :: Legenda :: ZAGINIONY SKARB

Legenda

ZAGINIONY SKARB

Stare zamki, pałace i dwory mają zwykle własne legendy. Przekazywane z pokolenia na pokolenie, są głęboko zakorzenione w ludowej tradycji. Jedna z takich tajemniczych opowieści związana jest z bartodziejskim dworem.

       Legenda głosi, że ostatni oddział powstańczy w 1864 roku toczył walki z wrogiem w okolicach w Bartodziej. Powstańcy uciekając przed Rosjanami, zakopali w parku, w pobliżu dworu, skrzynię pełną kosztowności. Nie zdążyli jednak powiedzieć o niej nikomu z mieszkańców wsi i wkrótce wpadli w ręce przeciwnika. Większość zginęła a tych, którym darowano życie, czekała niechybnie syberyjska katorga. Park krył w sobie tajemnicę zakopanej skrzyni, o skarbie nie wiedział już nikt. Byłoby tak zapewne do dziś, gdyby nie zdarzenie, do którego doszło kilka lat później. Pewnej nocy, gdy zegar zaczął wybijać godzinę dwunastą, dziedziczkę dworu wdowę Laurę Gordonową zaniepokoił dziwny powiew. Noc była wyjątkowo spokojna, a mimo to wiatr o mało nie zgasił płomienia świecy. Nagle przed kobietą pojawił się zmarły przed wieloma laty, poprzedni właściciel dworu, Andrzej Deskur.

KREUZ1

Krzyż w parku w Bartodziejach wzniesiony obok mogiły Powstańców
(zniszczony w latach 90. XX w.)

- Nie obawiaj się! – duch uspokoił ją głębokim, zdecydowanym głosem – Wróciłem na ziemię tylko po to, by pomóc wam odnaleźć skrzynię z klejnotami i złotem. Odkopcie ją, a za ukryte kosztowności wznieście kościół. Pamiętajcie tylko o jednym – napomniał stary dziedzic – skrzynię wydobędzie tylko ten, kto przybędzie we wskazane miejsce wraz ze wszystkimi przedmiotami potrzebnymi podczas nabożeństwa.

       Duch znikł, a kobieta omal nie padła zemdlona. Rano pierwsza myśl, jaka przeszła jej przez głowę, skłaniała do uznania odwiedzin Deskura ze senną marę – może to przez wino podane do kolacji – pomyślała. Zmieniła jednak szybko zdanie i powiadomiła o wszystkim księdza, gdy przechodząc przez parkową aleję, na jednym z wiekowych dębów ujrzała świeżo wypalony ślad dłoni, wskazującej miejsce, o którym mówił duch. Ksiądz przybył bez zbędnej zwłoki, zabierając potrzebne do mszy przedmioty, a wraz z nim kościelny, dźwigający na plecach wór z narzędziami do wydobycia skrzyni. Na poszukiwania wraz z proboszczem udała się dziedziczka, wciąż głęboko przejęta całym zdarzeniem. Po chwili dotarli na miejsce. Już po kilku uderzeniach szpadla ukazał się im potężny kufer. Odkryli wieko, pod którym znajdowały się bezcenne klejnoty i błyszczące, złote monety. Deskur mówił prawdę, był tu prawdziwy skarb. Nagle stanął przed nimi wysoki, ubrany w czarny płaszcz mężczyzna. – Czy macie wszystko, aby odprawić mszę? – zapytał z drwiną w głosie. – Wszystko – odparł pewny swego ksiądz. – Jeśli tak, to pokaż mi gasidło do świec! Proboszcz rozłożył jedynie bezradnie ręce. Kościelny rzucił się do wora z narzędziami. Na próżno. Gasidło zostało w świątyni. Osobliwy przybysz zaśmiał się przeraźliwie, skoczył w górę, i kręcąc się jak fryga, skrył się w gęstwinie drzew. Gdy ponownie spojrzeli na miejsce, gdzie stała skrzynia, już jej tam nie było. Znikła bez śladu. 

       Od tego czasu nikomu nie udało się jej odnaleźć, nigdy też więcej nie pojawił się Deskur, by wskazać gdzie jej szukać. A tajemniczy przybysz w czerni do dziś ukazuje się mieszkańcom Bartodziej, gdy przy pełni księżyca, około północy, przechodzą w okolicach dworu. Podobno widać wówczas kontur jego mrocznej postaci, a przejmujący chichot nie daje zasnąć tej nocy.